by Anka Pe

środa, 29 maja 2013

ziś będzie tekst z innej bajki, innej niż moja. W której bohaterce życie układa się inaczej. Choć priorytety mamy podobe, dążymy do analogicznych celów a jednak tak INNE! Obe mamy dom, potomstwo, pracę, połowicę.... Nawet zakrętów egzystencjalnych sporo na swej drodze, trudnych wyborów, i nietrafionych decyzji, tych które latami budują  indywidualną życiową ścieżkę.
Ona filigrnowa, miła zaradna, silna, twarda, mądra kobieta, jednym prostym TAK przypieczętowała mimo wątpliwości swoją przynależność do innego człowieka. Przywiązanie umocniło się po dziewięciu miesiącach na śmierć i życie rodzące się  w bólach nowe życie. Syn. Pokochany miłością bezwzględną i bezbrzeżną. Życie, które miast budować, rozpoczęło rozbierać Ich uczucie na części pierwsze, mnożąc różnice z minuty na minute coraz bardziej i bardziej i bardziej. Pierwszy donośny Jej sprzeciw, sprawił iż stała się w jednej chwili, kompletnie bezwartosciowym tworem, kupką nieszczęścia, i podobnie jak rozbity kryształ problematycznym kawałkiem szkła, słaniającym się wszędzie. Od tego dnia pozostała niczym w jego oczach. On obnażając prawdziwą twarz, zmył z siebe pozory ciepłego, zaradnego, uśmiechniętego męża i ojca. Kolejne NIE odkrywało następne karty.... 
Mijały lata, pozory świadczyły przeciwko niej.
Ona matka dwoiła się i troiła by zajmować się synem i zapewnić mu byt. On - Król przedmieścia tylko być! Każda dorywcza praca nie była jej obca, kosztem wspólnego czasu utrzymywała syna, siebie mieszkanie i pasożyta-sublokatora, gościa, który pojawiał się i znikał pozostawiajac w oczach chłopca tęczę, fatamorganę, nadzieję i kolejną zabawkę.  Chodowała skorupę, z dnia na dzień bardziej uparta i zawzięta czekała na godzinę zemsty, własnej Wiktorii. Chwile zwątpienia topiła w alkoholu, wypijanym od czasu do czasu na okolicznościowych imprezkach, domówkach czy dyskotekach.  Dziecko widzywała godzinę dzienne, nadrabiając stracony czas nocą wtulając się w cichy rytmiczny oddech dla którego czerpała energię do życia.
Pod płaszczykiem normalności, bo on, mąż i ojciec, tak chce, utrzymywali w towarzystwie pozory szczęścia rodzinnego. Po kolejnej awanturze, zniknięciu, miesięcznym niebycie, wracał, przepraszał - wybacz zmienię się! za każdym razem ostatni raz prosił o szansę. Coraz mniej wierząc w dane słowa, dawała ze względu na syna, widząc radość w oczach chłopca z powrotu ojca. Ale On chciał wiecej, chciał by zapomniała... Ona pytała jak, tuszując owoce miłości pod warstwa makijażu..... 
Nie umiała z czasem już wybaczać!
On nie umiał zrozumieć, czemu ona już nie umie! Zderzenie z murem zbudowało kolejny i kolejny ......
Jej blask gasł.
Syn gasł wraz z nią, tęskniąc coraz mocniej, nie umiejąc poradzić sobie z rozłąką, czekał w przedszkolu na nią by mieć choć chwilę razem, wiedział że za chwilę znów jej nie będzie, leżąc w łóżku na jej powrót by powiedzieć dobranoc, wstawał o świcie by ukraść dla siebie choć kilka sekund z nią.
Pan i władca miał się świetnie robił co chciał jak chciał i gdzie chciał.

Ciągłe kłótnie, codzienne utarczki z systemem zniszczyły ją kompletnie. Lata manipulacji i namacalne twarde dowody zbrodni, jej zbrodni, (szaleństw, pijaństwa, puszczalstwa)  przywiązały Ich do Niego!!!! Mogła odejść drogę wolną miała. A co! Niejednokrotnie ją o tej możliwości zapewniał ale dokąd by doszła? do drzwi, do chodnika, do auta???? Wiedziała że każdy krok jest ryzykiem, ryzykiem spotkania z przeznaczeniem kłaniającym się Jemu. 
Rozwód? NIE chyba że zostawi mu syna, może sobie iść gdzie chce!...
Bała się, bała się wyciągania brudów z za jego i własnych uszu - mimo że te jej były niczym, w porównaniu z jego przeszłością, ale On się zmienił,  On miał świadków gotowych powiedzieć wszystko, pokazać wszystko, co chciał. W najgorszym scenariuszu, odebrać IM obojgu bezpowrotnie Owoc miłości.  Wiedziała o tym On wiedział że Ona nic nie zrobi. 
Nic nie jest czarne i białe.
Zaalarmowana przez przedszkole, zachowaniem chłopca Pani z opieki, zastała krnąbrnego, nieufnego zbuntowanego kilulatka, który chce kupić za pieniążki z urodzin "czas z mama!" i marzy o wspólnym spacerze z rodzicami! Uśmiechniętego tatusia, który kompletnie nie rozumie o co ten szum i matkę, której wiecznie nie ma, która z  zaciśniętymi zębami słucha wytycznych i propozycji spotkań u psychologa, terapi rodzinnych i pretensji jej nieobecności na niezapowiedzianych spotkaniach w ich meszkaniu. 
Ona karmi się stresem łzami i ciągłymi afrontami otoczenia. Jak długo wytrzyma? Nie wiem. Wiem że kocha, kocha dlatego jeszcze walczy. 
Widzę, ich idących do Jego znajomych Ona uśmiecha się do mnie przez łzy, przytulana przez Niego czule w towarzystwie. Idą dalej. Jak miło!  Kurczowo ściska rękę Syna, wie że jakikolwiek błędny ruch odbije sie późnym wieczorem na niej w czterech ścianach.
Nic nie jest czarne ani białe...Nic!


2 komentarze:

  1. Świetne piszesz, masz talent ;)
    Przy okazji zapraszam do siebie po wiele inspiracji oraz zachęcam do obserwowania ;)
    http://galaxyinspirations.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo to smutne, a wlasnie takie zycie jest! nic nie jest czarne, ani biale - swietnie napisane! mam kolezanke, ktora tkwi w takim ukladzie cale swoje zycie z nim. Bo moglaby odejsc, droga wolna, ale gdzie? najpierw dzieci byly male, a ona zdana na niego, pozniej, ech... szkoda gadac! podobnie jak w opisanym przypadku. jedynie ludziom z boku atwo jest oceniac, buzka

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny :)

by Anka Pe

Blog Archive