by Anka Pe

piątek, 12 czerwca 2015

Mój deficyt w baku staje się już powoli rutyną. Rutyną stają się również moje galopy przez przeszkody, trawy, rabaty, i inne bezdroża w celu zdobycia złotego płynu. W pewnym sensie tankowanie do butelki po mineralnej pozwala mi ocenić gołym, hmm prawie gołym okiem, kolorek paliwa..... Najładniejszy jest na zielonej stacji..... 
Szczęście w nieszczęściu jest takie, że zawsze udaje mi się zaparkować w miejscu ustronnym i niezbyt torującym drogę innym zmotoryzowanym, a widok bezbronnej blondynki kruszy serca najbardziej zatwardziałych zwolenników pełnego baku.... Stali dostawcy ( bo bywa, że udaje mi się zakończyć trasę na benzynowej pustyni i przypadkowo mam ze sobą telefon, mogę zadzwonić po pomoc.... 
I już po pierwszych słowach 
- hej masz chwilkę??? 
Natychmiast pytają 
- Gdzie stoisz???????????????? 
Ba nawet przezornie zaczęli wozić ze sobą karnister :)

Za każdym razem otrzymuję reprymendę, obiecuję, zaklinam się i dzwonię znowu.... (gdyby wiedzieli ile razy nie chwalę się postojem....)
- Eh Ania Ania!!!! Co ja z Tobą mam.... 
- Siedem światów i dwie Ameryki :) 

Więc dzisiejszy bieg przez przeszkody, z rurami pod pachą celebrowałam w takim wydaniu :)
Enjoy !!!!!!!!!
Ps. Nikomu o tym nie mówiłam... Wiec ciiii











/sukienka-RESERVED/ buty- CCC/ torebka, pasek, sweter, NN/
 








czwartek, 11 czerwca 2015



Maj jest moim ulubionym miesiącem w roku. Wyznacznikiem. Kiedy się zaczyna kwitną ukochane bzy są moje urodziny wszystko wybucha zielenią, zaczynają się długie dni.... po nim poranki ani wieczory nie są już takie wyjątkowe, stają się pospolite. Maj jest dla mnie jak pierwszy śnieg w zimie, otula ciepłem i jasnością nowości, zachwyca i cieszy.... każdy kolejny jest już nudny..... bo wtórny...

Uwielbiam bzy, wchodzą mi do okien kusząc zapachem, stoją w wazonach i cieszą oko.....

Blee nuda...

Zaczął się maj, ciepełko, alergie, katary i inne wiosenne przyjemności. Trzeba kosić i plewić grządki. Kosiara pluje zielenią na boki, a ja zaciągając się głęboko zapachem skoszonej trawy czuję odlot radości. Tak tęskniłam za rykiem silnika, mokrymi stopami stykającymi się z zimną miękką ścierniną. 
Wiosna! Kurde wiosna! 
Ledwo dotarłam do końca zielonego królestwa, wyrównałam grzywę, na początku włości ta już dumnie szumiała, górując nad horyzontem. Tony chwastów, dogorywają w kompoście oddając soki, Ich koledzy w akcie zemsty nie dają za wygraną i już przebijają sie, wytrwałe bestie, przez podłoże. i krzyczą A KU KU! Trawa szumi, bzy pachną, maciejka wzeszła, rzodkiew też. Pierwszy chleb ze szczypiorkiem zaliczony.... Skończyłam 34 lata..... Uczciłam je 4 razy... Pierwszy raz w życiu tak intensywnie. Dziwnie mi....
Dziś z czystą premedytacją mogę luźno rzucić.. Bujam się!  Sącząc wino, delektuję się czasem. Ciepło, nareszcie. Armia świerszczy cyka wytrwale, nie ma komarów, Chwilo trwaj!
Te 30 dni minęło jak strzała.... czekam na kolejny Maj w moim życiu :)

wtorek, 28 kwietnia 2015




Prawo serii nadal działa.....


Dziś ni z tego ni z owego wpakowałam się w kuper Panu w suvie... całym przodem zaatakowałam potwora, kątem oka spoglądając jak ogromny tir jadący za mną mija mój tył o grubość włosa....też się pewnie zdążył pomodlić, podobnie jak ja myśląc "Boże miej w opiece moje dzieci"

Jeżdżę ostrożnie, staram się dobijam tylko do stojących martwych rzeczy i jak dotąd z własnej winy stłuczki na drodze w ruchu nie miałam... minęło 15 lat 

Aż tu dziś mój przedni zderzak wtulił się w hak holowniczy byczego suva ledwo muskając jego zadek, tak spektakularnie, że odczepianie mojego francuza trochę trwało, opadła mu w wyniku operacji szczęka oparła się bezwiednie o szarość asfaltu i ani drgnęła.... Miałam szczęście bo właściciel okazał się normalnym człowiekiem w odróżnieniu od pani, która lat temu X  malując sobie usta nie zauważyła mojego zatrzymania się przed przejazdem kolejowym  wpadła na mnie miętoląc sobie swojego niemca ( po tym co wtedy z niego zostało, pomyślałam że opla nie kupię)  dość konkretnie o mojego francuzika, do dziś mam ryskę z tyłu... i wyskoczyła jak opatrzona, taka nie do końca pomalowana, na moją skromną osobę, z teorią otrzymania przeze mnie prawa jazdy po pięknych polskich drogach niby za masło!!!!!! 
Jakież było jej zdziwienie, kiedy tłum gapiów na około uświadomił jej kto za smarowidło dostał papierki... ale nie przeszkadzało jej, takiej nie do końca umalowanej, drzeć sie dalej.... 

Tak więc po spisaniu strat, złapaniu oddechu, dotarło do mnie, że dzięki komuś kto w ostatniej chwili zapragnął skręcić w lewo i zahamował, (Pan z suva zdążył w ostatniej chwili, której mi zabrakło,) ktoś żyłby z traumą do końca życia,  bo gdyby nie refleks kierowcy tira, ja oglądałabym świat po drugiej stronie... i tak sobie pomyślałam że:

  Czasem trzeba nieźle dopieprzyć, żeby docenić smak życia!!!!!

piątek, 24 kwietnia 2015

W trakcie naprawy telefonu własnego (1 doba) zdążyłam:Utopić aparacik pożyczony od Połowicy- przestał działać równie szybko jak wpadł do wody....Odłożyłam niewinnie na półeczkę, całkiem zdziwiona po dwóch godzinach, że nie chce się ładować, kombinując jednocześnie jak go wskrzesić, zgarnęłam Pierworodnemu jego spadek po mamuni. Od tak, że niby całkiem z sentymentu postanowiłam używać tego fantastycznego telefonu, bo niby taki porządny. Szkoda tylko, że ładowarka jakoś nie chciała współpracować z moim pomysłem, albo aparat przeprowadził strajk włoski i do rana zostałam na pustyni życia sama, bez kontaktu z mobilnym światem zewnętrznym... Za leniwa bywam by czekać, aż mój wiekowy laptop postanowi się łaskawie załączyć, a potem wyłączyć...
Tego dnia dowiedziałam się, że:

-smartfony nie potrafią pływać,
-chłoną wodę jak gąbka i bateria kosztuje połowę aparatu....
-nie należy absolutnie używać ich jako zegarka bo nietrafienie do kieszeni grozi pozbawieniem się    nowej pary obuwia,
-a niektóre telefony nabywają energii jedynie trzymane za kabelek w ręce dwie godziny... i można nabawić się zakwasów....

do następnego... :)

Pozdrawiam
Anka

wtorek, 21 kwietnia 2015



W ramach wiosennych zakupów obuwia, nabyłam dzięki swojej niezdarności nową szybkę do telefonu. Koszt dobrej pary butów cenionej marki. Mój kochany aparacik spadł, niechcący całkiem niewinnie na posadzkę, niczym kromka chleba masłem na dół i roztrzaskał się w drobny mak. Pozbierałam zwłoki i podreptałam miotana nienawiścią wobec własnej osoby  do serwisu. Oczywiście naprawa nie obejmuje!
Poszłam dalej, wylewając swe żale do wewnątrz, do komisu, oddałam zaskórniaki chomikowane na sandałki na piękny dziewiczy ekran. W ramach poprawy nastroju zahaczyłam o budkę z lodami i zamówiłam największe. Zamulona doszczętnie i targana wyrzutami sumienia złamania zasady " mniej żryj, więcej się ruszaj" po powrocie do domu zrobiłam porządki w szafie i humor mi się wreszcie poprawił. Pomimo dwudniowej dawki kalorii potrzebnej mej wątłej istocie na przeżycie, nadal mieszczę się w spodenkach. Po co mi buty? Pójdę boso....
Teraz niech w końcu zrobi się ciepło.








sobota, 18 kwietnia 2015

Rok temu robione zdjęcia, które do tej pory nie znalazły się na blogu z różnych przyczyn... Ot taki przerywnik. Moja wena  twórcza chyba wyjechała na wczasy, za mnie, i jakoś nie chce wrócić.
Dla stęsknionych mojego widoku  mam fotki, a dla tych spragnionych tekstów, obietnicę mobilizacji i przelania na papier moich zaległych przygód :)

enjoy!









sobota, 28 marca 2015


Kiedy jest mi źle, kiedy nie wiem co zrobić, kiedy zgubiłam się w sobie i nie mogę odnaleźć, kiedy stojąc na rozdrożu tak trudno wybrać drogę, kiedy stabilizacja zaczyna się chwiać w podstawach proszę o znaki. Znaki i drogowskazy. Stawiam sobie ultimatum. Taką umowę między sercem, a rozumem, a bieg zdarzeń ją realizuje. Czasem na plus czasem minus, ale bilans jak dotąd wychodzi na zero. 
To chyba dobrze. 
Kiedyś planowałam dzień miesiąc rok. Teraz tego nie robię. Dojrzałam i doszłam do wniosku, że nie warto, nauczyłam się żyć chwilą. Iść z prądem czerpać to co daje los i przyjmować na klatę kolejne doświadczenia. Jedyne czego zawsze się bałam i nadal boję to zmiany, o ile te w wyglądzie i przestrzeni życiowej przyjmuję z radością i akceptacją to te większe, te które niesie los już nie. Nie umiem podejmować ważnych decyzji, czekam, aż same się podejmą, obok mnie. I tak było 7 lat temu...poprosiłam los o znak,,,, i po 9 miesiącach tuliłam w rękach syna. Wczoraj skończył 6 lat. Potem nie raz prosiłam, ale żaden z nich nie był tak wymowny jak tamten. 
Ostatnio też tak stoję sobie na takim rozdrożu boksując się z myślami i nie wiedząc w którą stronę się odwrócić i nagle wpadł mi w oko cytat: 

Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa, 
Żeby pójść inną drogą i raz jeszcze spróbować. 
Nigdy nie jest za późno, by na stacji złych zdarzeń 
Złapać pociąg ostatni i dojechać do marzeń. 

Ładne prawda? 
Chciałabym być czasem naprawdę czarownicą....

wtorek, 24 marca 2015

Piątek.

Pogoda bajeczna słońce wreszcie zaszczyciło swoją obecnością moje progi. Pomalowałam usta na czerwono wygrzebałam pomidorowe spodnie i o świcie pognałam uwiecznić, bądź co bądź niecodzienny widok mojej osoby w szmince idealnej dla mnie...
Wymyśliłam sobie miejscówkę spokojną i cichą o 7 rano by świeżo i radośnie móc epatować urodą przed obiektywem, nie gorsząc przechodniów swoją osobą. Na miejscu okazało się ze nie zabrałam statywu! Strzeliłam telefonem uśmiechnięte lico i poczłapałam do pracy. Szminka wzbudziła zainteresowanie.....

Sobota

Skórzana spódniczka katanka koszulka w paski obcas.... słońce..... cisza za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć jak ustawić samowyzwalacz, skacząc z nogi na nogę w boskiej kilkustopniowej aurze poranka, skapitulowałam po 15 min.
Musiałam iść do pracy....

Poniedziałek...

Kupiłam trampki, białe, rozmiar 39, nie przymierzyłam... za duże... nie wymienię bo 38 wyszło.... stopa jak podolski złodziej zdradza wadę. Trudno wata pomoże! Poziom wkurzenia 8/10

Wtorek

Słońce, szminka, nowe za duże trampki, koszulka w paski..... wyprasowana milutka....Pobiegłam po 7 na miejscówkę by uwiecznić siebie nie wymiętą i w karminie na ustach po raz kolejny..... Rozstawiłam statyw, samowyzwalacz, wywdzięczyłam w uśmiechu pełnym radości i to by było na tyle.... Akumulator nie naładowany!


Jutro jak zabiorę wszystko pewnie będzie lało.....

poniedziałek, 23 marca 2015




Dziś bez zbędnego rozpisywania, light blue sukienka w roli głównej z gościnnym występem  Mistrza drugiego planu - Julii Muszę Wszystko Macnąć Pe. 
Włala ;-)





 


W poszukiwaniu motyki i grabi wpadłam  do garażu,  gdzie natychmiast z impetem dał mi o sobie przypomnieć mój rower, tłukąc pedałem moją kostkę, zapłakała. Sycząc markotnie spojrzałam na wandala i serce mi zmiękło.....No tak czas odkurzyć staruszka, zaniedbany przez ostatnie kilka miesięcy, smętnie przewegetował zimowe pluchy i słoty tak dotkliwie, że aż stracił dech w oponach. Poszarzał z tęsknoty z powietrzem, zarumieniony rdzą wydał mi się taki nie mój..... Bijąc się z myślami, porzuciłam myśl o recyklingu trawnika, wszak nie zając nie ucieknie i nic mu się nie stanie jeśli poczeka z pobudką jeszcze kilka dni.

Wyszarpałam moją holenderkę na światło dzienne wyszorowałam, naoliwiłam, i przypomniało mi się moje dzieciństwo, w którym rower grał pierwsze skrzypce jako środek transportu.... pierwszy mamy, czarna wdowa, 24' holenderka damka dowożąca mnie zaspaną na bagażniku do szkoły, kościoła, przedszkola, bez względu na pogodę i towarzyszącą jej aurę.
Pierwsze paluchy w szprychach i zdarte kolana, rozbity łokieć i niegojące się kostki to dziecięcy chleb powszedni. Szpanersko było jeździć na wielkim rowerze na stojaka po kamienistej drodze i zeskakiwać w biegu, lub butami tłukąc się niemiłosiernie, bo  niemal przy każdej próbie  hamowania  pedałami dyliżans stawał okoniem w mgnieniu oka. Miałam swój zielony, ale kto by jeździł na małej zielonej żabce skoro można było dosiadać konkretny model..
W zerówce dostałam żółte Wigry 3, Najlepszy składak ever, Pamiętam ten dzień jak dziś, lało jak z cebra, wróciłam do domu ze szkoły, a tato właśnie kończył skręcać moje nowe cudeńko. Nie było mocnych, do wieczora testowałam opony na mokrym kwietniowym chodniku rozjeżdżając ledwo wykluwającą się tu  i ówdzie trawę przy zakrętach.
Mama odetchnęła z ulgą.
Z radością pedałowałam zawzięcie by 20 calowe oponki dorównywały 26 calowym  "suwom" mojego taty.  Uwielbiałam go tak bardzo,  że miał swoje honorowe miejsce w pokoju.
Jako typowa chłopczyca  w umiejętnościach rowerowych dorównywałam niejednemu chłopakowi. Często przebijając w szybkości czy pomysłowości. Niestety. Bo tego ostatniego mi nie brakowało. Ale to temat na dłuuugi osobny post....Ogólnie moje dzieciństwo to strupy, rower i męska paczka.  Po latach należało stać się diewczynką, ścięłam warkoczi pożegnałam się z moją Pomarańczą.

Odchorowałam jego przekazanie siostrzenicy długo jeszcze płacząc za odjeżdżającym wraz z nią  i moim rowerem pociągiem w siną dal.... Nie utulił żalu nawet niebiesko biały Jubilat....

Odziedziczona po mamie "czarna wdowa" nadal mimo swoich kilkudziesięciu lat jest moim ulubionym zjadaczem czasu. szkoda że mam go dla niej tak mało :)

niedziela, 22 marca 2015

Jestem jak szafka biblioteczna do katalogowania... składam się z miliona szuflad... w każdej przegródce skrywam coś innego,  do każdej jest inny wytrych inne słowo klucz... w moim życiu miałam tylko dwie osoby, które czytały ze mnie jak z otwartej księgi i przed nimi niczego nie udawało mi się ukryć jak to robiła mama nie wiem, jak robi to jej imienniczka jest dla mnie zagadką.
Przed resztą świata mogę schować wszystko... blat jest zawsze taki sam, roześmiany, wesoły, zabawny, sarkastyczny do bólu, bywa wredny i uparty....
Dobrze mi tak.... nauczyłam się śmiać, z siebie, do siebie, do innych, po amerykańsku każdemu z rozbrajającą szczerością kłamać w oczy jak jest wspaniale... a może nie, nie  kłamać...a zaklinać rzeczywistość?
Umiejętność przenoszenia marzeń w real przychodzi mi z taką łatwością jak uśmiech.... Co sobie wymyślę to się wcześniej czy później dzieje... tyle że niestety przychodzi zawsze nie w porę, nie w tej kolejności a już 100% komplikując sprawy doczesne.... i wprawiając mnie niejednokrotnie w osłupienie daje do zrozumienia, że nie tego chciałam, ale wtedy jest już za późno... Zawsze tak miałam.... Począwszy od matury kiedy wymyślony zarówno na polski jak i historię temat Psiorka wypisała na tablicy :)))) a ja siedziałam i zaatakowana przez pomroczność jasną nie wiedziałam co mam pisać!!!
Później umiałam sobie pragnieniami skomplikować życie tak dokładnie że najchętniej chowałam się pod kołdrą chcąc przespać pojawiający się jak na dłoni " wymarzony" problem, czekając aż ktoś go za mnie rozwiąże,....
Teraz mając dzieci siedzenie pod kocem oznacza zabawę w Indian... nie ma czasu na sen. Budujemy wigwam i udajemy w trójkę, że nas nie ma..... wokół wilki jakieś i las z krzeseł nam nie straszy bo mamy siebie, i choćby świat się zawalił Nasza miłość przetrwa wszystko, bez względu na życiowe zamiecie i zawieje......
Od dziś przestaję planować.....





niedziela, 15 marca 2015


Obudziłam się bladym świtem, po kilku godzinach snu rześka i wypoczęta. Równie szczęśliwe potomstwo otworzyło oczęta zanim zdążyłam jeszcze opuścić ciepłe pielesze. Za oknem nieśmiało słońce przebijało się przez chmury. Pomyślałam że taki dzień, pierwszy od tygodnia słoneczny, a przede wszystkim wolny, szkoda zmarnować na leżeniu w pierzynach.  O 9 byliśmy w pociągu do Krakowa.
Nadmiar energii spożytkowałam na kilku godzinnym spacerku po ulubionym mieście, o dziwo bez protestów, skarg i zażaleń.. Fakt musiałam wlec za sobą po powrocie jedne śpiące a drugie zasypiające wykończone latorośle ale było warto.
Foty niewyraźne bo made in syn, ale co tam...










czwartek, 5 marca 2015

Z pamiętnika nieudacznika.



Dzień bez szaleństwa dniem straconym. A co dopiero dzień który niesie ze sobą arcyważną logistykę działań? połączoną z umiejętnością teleportacji lub wdrożeniem czasowstrzymywacza?
Fakt ów zbitek czynności do wykonania niemal w tym samym czasie mam na własne życzenie. Ale cóż kto nie ma w głowie ma w nogach....
Tak wiec dzień standardowo rozpoczął się od porażki. Płukanka fioletowa zamiast ładnie ochłodzić mój  miodowy blond, fantastycznie pokolorowała go w fioletowo szare strąki... na powtórne mycie czasu już nie było, nie było go też na szukanie gumki  w celu ich ujarzmienia więc związałam uszczelką do zlewu ( nową, akurat leżała sobie, szkoda że nie znajduje się w syfonie, z którego już wiem czemu kapie) Potem było już tylko ciekawiej, W płaszczu dwurzędowym odpadły dwa guziki co wyglądało kuriozalnie więc odcięłam pozostałe szybciutko i zapięłam rozwalający się "szlafrok", agrafkami i związałam paskiem.
Po drodze brakło mi paliwa i musiałam galopem w strugach deszczu przemieścić się do oddalonej o 1 km pracy.... Mokra i zmarznięta ledwo zdążyłam się dosuszyć, a już gnałam na pierwsze ważne spotkanie.... po którym miałam kolejne... W każdym przypadku musiałam rozpłaszczyć się rozpinając misternie agrafki, i zrobić to na tyle dyskretnie by nie narazić się na sarkazm towarzystwa....nota bene uwielbiające serwować  uszczypliwości pod moim adresem. Po nich musiałam tylko zmaterializować przystanek, przestudiować rozkład i wrócić autobusem do punktu wyjścia. Ooo i to była podróż życia. Ostatni raz tym środkiem transportu jechałam chyba 7 lat temu, i nadal nienawidzę. Oczywiście dzięki błędnikowi wysiadłam bardziej skołowana niż opony Solarisa....Dochodziłam do równowagi do końca pracy..... Zdążyłam jedynie zaordynować Połowicy gdzie spoczywa karoca i czekać aż łaskawie dostarczy mnie w całości do domu.......
Oczywiście dowiedziałam się, iż ów kolorowy dzień miałam na własne życzenie bo niezbyt dobitnie wytłumaczyłam dzień wcześniej Mężczyżnie mojego życia, że koniecznie musi zatankować!  Ot życie...
Tak że tego...


środa, 18 lutego 2015

Natura niewiarka i żądnej przygód kobiety w wieku najlepszym dla niewiast, oraz standardowo bliższa mi metoda szkiełka i oka  popchnęły mnie w kierunku molochu urbanistycznego, który od niedawna szczytuje nad miastem swoją nazwą zasłaniając co niektórym piękne widoki trawy i trawy no i może jeszcze sznura aut snujących się obwodnicą. Jak już wspomniałam motorem działania była NIEWIARA
Niewiara w to, że węgiel może się nie palić!!!!!!  W skrócie, klient kupił worek ustrojstwa w fantastycznej cenie wsypał do pieca i pfff!
- We trzech palili i gasło!

Pomyśłałam ciekawe? Eko groszek co się nie chce palić? od iskry las spłonie, a tu od pierdyliarda nie chce się palić? Niemożliwe.
Po pracy pojechałam kupić woreczek, by sprawdzić na własnej skórze jak dwie dychy idą z dymem. Z  wrodzoną sobie gracją zaparkowałam prostując auto na wąskim parkingu jakieś 7 razy, wzbudzajac zaciekawienie pana z "szybki transport" wiszącego nonszalancko na kierownicy miejsca pracy stojącego kilka metrów dalej.  Nieco zdenerwowana publiką, by zatrzeć wrażenie niedzielnego kierowcy, wyskoczyłam energicznie z auta zachaczając obcasem o pasy i tylko dzięki zawieszeniu się na drzwiach nie obdarowałam pana widokiem własnego tyłka przyodzianego w skórzaną ogrodniczkę. Zawinęłam się koco-swetrem i poszłam po wózek modląc się w duszy bym nie musiała wracać do samochodu po 2 zł! Udało się!
Podjechałam dyliżansem po skład opału. Z gracją wrzuciłam 25 kg worek na wózek i wciąż pod obserwacją pana "szybki transport" poszłam siłując się z wózkiem zapłacić... Potem tylko zgrabnie wrzuciłam wszytko do bagażnika niczym poduszkę z pierza otrzepałam się i  zgrabnie odjechałam. Pomachałam na pożegnanie uśmiechniętemu panu i tyle mnie widzieli i długo nie zobaczą....
I ja się pytam? Czy kobieta w mini podrzucająca worek węgla to aż takie zjawisko????


Ps. Fakt dwie dychy poszły się paść...


Tydzień bez szaleństw tygodniem straconym! 

Siedzę sobie pośród farb i wałków do ścian w ogólnie obecnym el burdello, nie wiedząc czy się z siebie śmiać czy nad sobą zapłakać......
Dziwne to moje nie szcześliwe oblicze bo dotąd nikt mnie nigdy nie musiał namawiać na zmiany, zmiany były moicm chlebem powszednim, zaden mebel dłużej niż pół roku nie stoi na tym samym miejscu, oprócz kanapy bo gdzie indziej i inaczej sie nie zmieści ale już zbieram do skarpety na nowy narożnik.... 
A tu proszę kupka nieszczęścia która padła ofiarą samej siebie. Bo przecież o wiele fajniej gonić króliczka niż go złapać.
Ale od poczatku:
W mojej głowie rodził się plan. Plan modernizacji mojego gniazda rodzinnego. Plan nr tysiąc pięćset sto dziewięćset. który jak każdy inny początkowo nie spotkał się z entuzjazmem Połowicy, więc sukcesywnie od dwóch lat stosowałam działania podprogowe mające na celu wpłynięcie na wykonawcę iż niezbędnym jest:
przetransportowanie potomstwa  do większego pokoju.
Akcję uskuteczniałam ciągłym utyskiwaniem na braki powierzchni użytkowej "bunkru" dzieciaków. Dwa lata gadania! Dwa lata: yhmm, no tak, no w sumie tak, yhmm i nic więcej.
Zostając sama w domu nie raz miałam ochotę rozpocząć prace twórcze, ale mając na stanie totalny  brak turbo mocy i odrobinę zdrowego rozsądku rezygnowałam z udowadniania, że  pomalowanie dwóch pokojów i przetransportowanie kilku mebelków to dla mnie bułka z masłem ..

Poprzestałam na gadaniu. 
Gderałam za uchem, wysnuwałam pomysły i inne argumenty ale nic nie działało... i kiedy zrezygnowana  wymyśliłam sobie robotę zastępczą czyli  konieczność odnowienia mebli kuchennych, " temi rencami i tym wałkiem" . Już wiem jaką farbą i kiedy to w entuzjaźmie wybierałam nowy blat chyba dotarło do niego że lepiej już zmęczyć mnie malowaniem ścian, niż żyć bez pokarmu przez co najmniej miesiąc,.. Bo to dziś szafki jutro blat potem płytki nie będą pasować a na końcu podłoga......
I tak z zaskoczenia, zazwyczaj jak ja mam to w zwyczaju ( czyja wam pisałam jak wbiłam dnia pewnego siekierę w ścianę i zdjęłam boazerię pod nieobecność "Pana Włatcy"? ) postawił mnie przed faktem dokonanym...
I siedzę sobie od poniedziałku potykając się o wszystko, a Połowica pogwizdując macha wałkiem wyznaczając mi zadania..... a mnie się tak bardzo, bardzo nie chce, maluję sobie ziewając co 3 min wzrok zlewa mi się w plamę....Plan pokoju który nosiłam w głowie jeszcze miesiąc temu już jest nieaktualny, aktualny jeszcze nie jest wymyślony... 


Takiego sobie wychowałam potwora!

środa, 11 lutego 2015



Jestem nie wyspana bo zapomniałam zabrać telefonu z pracy
Moje uzależnienie od social mediów zostało stwierdzone w 100% 3/4 doby bez telefonu uświadomiło mi że:
Nie mam budzika, bo nie mam telefonu
Połowica nie ma budzika, bo nie mam telefonu ( jego jest nieobliczalny)
Nie możemy zadzwonić do kogoś by nas obudził bo nie mamy telefonu
W nocy muszę wstać i oświecić światło by sprawdzić która godzina, bo nie mam telefonu
Nie mam telefonu i świecąc światło by sprawdzić która godzina obudziłam potomstwo, które natychmiast zaczęło domagać się pić siku i bajeczki...
Potem potomstwo płakało bo nie mogło obejrzeć Misia Uszatka bo nie miałam telefonu!
O 4 Przyszłość Naszego Narodu zgasła w półśnie, z rozpaczy...
Ledwie patrząc na oczy czuwałam by obudzić czuwającą Połowicę do pracy bo nie miałam telefonu.
Wstałam po 5 bo bałam się zasnąć i obudzić przed południem.
Posprzątałam chatę, zjadłam śniadanie choć podwójna poranna kawa bez fejsa, jutuba i insta smakowała jakoś dziwnie.....
Dziś do pracy dotarłam przed czasem......

Dashes-world

by Anka Pe

Blog Archive