Brak tytułu

Trochę mnie tu nie było.

latka lecą dzieci rosną priorytety się zmieniaja. Schudłam, przytyłam, znowu schudłam, przyciemniłam włosy, rozjaśniłam. Ruda byłam. Obcięłam upierzenie,  odrosło, córka się obcięła- jeszcze nie odrosły.... znowu się obcięłam ( żeby jej nie wygolić na łyso w ferworze desperacji i niemocy zapanowania nad pomysłowością 6-latki) trochę pobiegałam, w błocie i deszczu, słońcu pokonując własne słabości, i tak minęły prawie 4 lata.
Rutyna tankowania

Rutyna tankowania

Mój deficyt w baku staje się już powoli rutyną. Rutyną stają się również moje galopy przez przeszkody, trawy, rabaty, i inne bezdroża w celu zdobycia złotego płynu. W pewnym sensie tankowanie do butelki po mineralnej pozwala mi ocenić gołym, hmm prawie gołym okiem, kolorek paliwa..... Najładniejszy jest na zielonej stacji..... 
Szczęście w nieszczęściu jest takie, że zawsze udaje mi się zaparkować w miejscu ustronnym i niezbyt torującym drogę innym zmotoryzowanym, a widok bezbronnej blondynki kruszy serca najbardziej zatwardziałych zwolenników pełnego baku.... Stali dostawcy ( bo bywa, że udaje mi się zakończyć trasę na benzynowej pustyni i przypadkowo mam ze sobą telefon, mogę zadzwonić po pomoc.... 
I już po pierwszych słowach 
- hej masz chwilkę??? 
Natychmiast pytają 
- Gdzie stoisz???????????????? 
Ba nawet przezornie zaczęli wozić ze sobą karnister :)

Za każdym razem otrzymuję reprymendę, obiecuję, zaklinam się i dzwonię znowu.... (gdyby wiedzieli ile razy nie chwalę się postojem....)
- Eh Ania Ania!!!! Co ja z Tobą mam.... 
- Siedem światów i dwie Ameryki :) 

Więc dzisiejszy bieg przez przeszkody, z rurami pod pachą celebrowałam w takim wydaniu :)
Enjoy !!!!!!!!!
Ps. Nikomu o tym nie mówiłam... Wiec ciiii











/sukienka-RESERVED/ buty- CCC/ torebka, pasek, sweter, NN/
 








Minął maj...

Minął maj...



Maj jest moim ulubionym miesiącem w roku. Wyznacznikiem. Kiedy się zaczyna kwitną ukochane bzy są moje urodziny wszystko wybucha zielenią, zaczynają się długie dni.... po nim poranki ani wieczory nie są już takie wyjątkowe, stają się pospolite. Maj jest dla mnie jak pierwszy śnieg w zimie, otula ciepłem i jasnością nowości, zachwyca i cieszy.... każdy kolejny jest już nudny..... bo wtórny...

Uwielbiam bzy, wchodzą mi do okien kusząc zapachem, stoją w wazonach i cieszą oko.....

Blee nuda...

Zaczął się maj, ciepełko, alergie, katary i inne wiosenne przyjemności. Trzeba kosić i plewić grządki. Kosiara pluje zielenią na boki, a ja zaciągając się głęboko zapachem skoszonej trawy czuję odlot radości. Tak tęskniłam za rykiem silnika, mokrymi stopami stykającymi się z zimną miękką ścierniną. 
Wiosna! Kurde wiosna! 
Ledwo dotarłam do końca zielonego królestwa, wyrównałam grzywę, na początku włości ta już dumnie szumiała, górując nad horyzontem. Tony chwastów, dogorywają w kompoście oddając soki, Ich koledzy w akcie zemsty nie dają za wygraną i już przebijają sie, wytrwałe bestie, przez podłoże. i krzyczą A KU KU! Trawa szumi, bzy pachną, maciejka wzeszła, rzodkiew też. Pierwszy chleb ze szczypiorkiem zaliczony.... Skończyłam 34 lata..... Uczciłam je 4 razy... Pierwszy raz w życiu tak intensywnie. Dziwnie mi....
Dziś z czystą premedytacją mogę luźno rzucić.. Bujam się!  Sącząc wino, delektuję się czasem. Ciepło, nareszcie. Armia świerszczy cyka wytrwale, nie ma komarów, Chwilo trwaj!
Te 30 dni minęło jak strzała.... czekam na kolejny Maj w moim życiu :)

CDN-Ł

CDN-Ł




Prawo serii nadal działa.....


Dziś ni z tego ni z owego wpakowałam się w kuper Panu w suvie... całym przodem zaatakowałam potwora, kątem oka spoglądając jak ogromny tir jadący za mną mija mój tył o grubość włosa....też się pewnie zdążył pomodlić, podobnie jak ja myśląc "Boże miej w opiece moje dzieci"

Jeżdżę ostrożnie, staram się dobijam tylko do stojących martwych rzeczy i jak dotąd z własnej winy stłuczki na drodze w ruchu nie miałam... minęło 15 lat 

Aż tu dziś mój przedni zderzak wtulił się w hak holowniczy byczego suva ledwo muskając jego zadek, tak spektakularnie, że odczepianie mojego francuza trochę trwało, opadła mu w wyniku operacji szczęka oparła się bezwiednie o szarość asfaltu i ani drgnęła.... Miałam szczęście bo właściciel okazał się normalnym człowiekiem w odróżnieniu od pani, która lat temu X  malując sobie usta nie zauważyła mojego zatrzymania się przed przejazdem kolejowym  wpadła na mnie miętoląc sobie swojego niemca ( po tym co wtedy z niego zostało, pomyślałam że opla nie kupię)  dość konkretnie o mojego francuzika, do dziś mam ryskę z tyłu... i wyskoczyła jak opatrzona, taka nie do końca pomalowana, na moją skromną osobę, z teorią otrzymania przeze mnie prawa jazdy po pięknych polskich drogach niby za masło!!!!!! 
Jakież było jej zdziwienie, kiedy tłum gapiów na około uświadomił jej kto za smarowidło dostał papierki... ale nie przeszkadzało jej, takiej nie do końca umalowanej, drzeć sie dalej.... 

Tak więc po spisaniu strat, złapaniu oddechu, dotarło do mnie, że dzięki komuś kto w ostatniej chwili zapragnął skręcić w lewo i zahamował, (Pan z suva zdążył w ostatniej chwili, której mi zabrakło,) ktoś żyłby z traumą do końca życia,  bo gdyby nie refleks kierowcy tira, ja oglądałabym świat po drugiej stronie... i tak sobie pomyślałam że:

  Czasem trzeba nieźle dopieprzyć, żeby docenić smak życia!!!!!

To nie koniec przygód

W trakcie naprawy telefonu własnego (1 doba) zdążyłam:Utopić aparacik pożyczony od Połowicy- przestał działać równie szybko jak wpadł do wody....Odłożyłam niewinnie na półeczkę, całkiem zdziwiona po dwóch godzinach, że nie chce się ładować, kombinując jednocześnie jak go wskrzesić, zgarnęłam Pierworodnemu jego spadek po mamuni. Od tak, że niby całkiem z sentymentu postanowiłam używać tego fantastycznego telefonu, bo niby taki porządny. Szkoda tylko, że ładowarka jakoś nie chciała współpracować z moim pomysłem, albo aparat przeprowadził strajk włoski i do rana zostałam na pustyni życia sama, bez kontaktu z mobilnym światem zewnętrznym... Za leniwa bywam by czekać, aż mój wiekowy laptop postanowi się łaskawie załączyć, a potem wyłączyć...
Tego dnia dowiedziałam się, że:

-smartfony nie potrafią pływać,
-chłoną wodę jak gąbka i bateria kosztuje połowę aparatu....
-nie należy absolutnie używać ich jako zegarka bo nietrafienie do kieszeni grozi pozbawieniem się    nowej pary obuwia,
-a niektóre telefony nabywają energii jedynie trzymane za kabelek w ręce dwie godziny... i można nabawić się zakwasów....

do następnego... :)

Pozdrawiam
Anka
O lodach, niezdarności i luzie w pasie

O lodach, niezdarności i luzie w pasie



W ramach wiosennych zakupów obuwia, nabyłam dzięki swojej niezdarności nową szybkę do telefonu. Koszt dobrej pary butów cenionej marki. Mój kochany aparacik spadł, niechcący całkiem niewinnie na posadzkę, niczym kromka chleba masłem na dół i roztrzaskał się w drobny mak. Pozbierałam zwłoki i podreptałam miotana nienawiścią wobec własnej osoby  do serwisu. Oczywiście naprawa nie obejmuje!
Poszłam dalej, wylewając swe żale do wewnątrz, do komisu, oddałam zaskórniaki chomikowane na sandałki na piękny dziewiczy ekran. W ramach poprawy nastroju zahaczyłam o budkę z lodami i zamówiłam największe. Zamulona doszczętnie i targana wyrzutami sumienia złamania zasady " mniej żryj, więcej się ruszaj" po powrocie do domu zrobiłam porządki w szafie i humor mi się wreszcie poprawił. Pomimo dwudniowej dawki kalorii potrzebnej mej wątłej istocie na przeżycie, nadal mieszczę się w spodenkach. Po co mi buty? Pójdę boso....
Teraz niech w końcu zrobi się ciepło.








W OCZEKIWANIU LATA

W OCZEKIWANIU LATA

Rok temu robione zdjęcia, które do tej pory nie znalazły się na blogu z różnych przyczyn... Ot taki przerywnik. Moja wena  twórcza chyba wyjechała na wczasy, za mnie, i jakoś nie chce wrócić.
Dla stęsknionych mojego widoku  mam fotki, a dla tych spragnionych tekstów, obietnicę mobilizacji i przelania na papier moich zaległych przygód :)

enjoy!









boks z myślami

boks z myślami


Kiedy jest mi źle, kiedy nie wiem co zrobić, kiedy zgubiłam się w sobie i nie mogę odnaleźć, kiedy stojąc na rozdrożu tak trudno wybrać drogę, kiedy stabilizacja zaczyna się chwiać w podstawach proszę o znaki. Znaki i drogowskazy. Stawiam sobie ultimatum. Taką umowę między sercem, a rozumem, a bieg zdarzeń ją realizuje. Czasem na plus czasem minus, ale bilans jak dotąd wychodzi na zero. 
To chyba dobrze. 
Kiedyś planowałam dzień miesiąc rok. Teraz tego nie robię. Dojrzałam i doszłam do wniosku, że nie warto, nauczyłam się żyć chwilą. Iść z prądem czerpać to co daje los i przyjmować na klatę kolejne doświadczenia. Jedyne czego zawsze się bałam i nadal boję to zmiany, o ile te w wyglądzie i przestrzeni życiowej przyjmuję z radością i akceptacją to te większe, te które niesie los już nie. Nie umiem podejmować ważnych decyzji, czekam, aż same się podejmą, obok mnie. I tak było 7 lat temu...poprosiłam los o znak,,,, i po 9 miesiącach tuliłam w rękach syna. Wczoraj skończył 6 lat. Potem nie raz prosiłam, ale żaden z nich nie był tak wymowny jak tamten. 
Ostatnio też tak stoję sobie na takim rozdrożu boksując się z myślami i nie wiedząc w którą stronę się odwrócić i nagle wpadł mi w oko cytat: 

Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa, 
Żeby pójść inną drogą i raz jeszcze spróbować. 
Nigdy nie jest za późno, by na stacji złych zdarzeń 
Złapać pociąg ostatni i dojechać do marzeń. 

Ładne prawda? 
Chciałabym być czasem naprawdę czarownicą....

Przepraszam, zdjęć dziś nie będzie

Piątek.

Pogoda bajeczna słońce wreszcie zaszczyciło swoją obecnością moje progi. Pomalowałam usta na czerwono wygrzebałam pomidorowe spodnie i o świcie pognałam uwiecznić, bądź co bądź niecodzienny widok mojej osoby w szmince idealnej dla mnie...
Wymyśliłam sobie miejscówkę spokojną i cichą o 7 rano by świeżo i radośnie móc epatować urodą przed obiektywem, nie gorsząc przechodniów swoją osobą. Na miejscu okazało się ze nie zabrałam statywu! Strzeliłam telefonem uśmiechnięte lico i poczłapałam do pracy. Szminka wzbudziła zainteresowanie.....

Sobota

Skórzana spódniczka katanka koszulka w paski obcas.... słońce..... cisza za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć jak ustawić samowyzwalacz, skacząc z nogi na nogę w boskiej kilkustopniowej aurze poranka, skapitulowałam po 15 min.
Musiałam iść do pracy....

Poniedziałek...

Kupiłam trampki, białe, rozmiar 39, nie przymierzyłam... za duże... nie wymienię bo 38 wyszło.... stopa jak podolski złodziej zdradza wadę. Trudno wata pomoże! Poziom wkurzenia 8/10

Wtorek

Słońce, szminka, nowe za duże trampki, koszulka w paski..... wyprasowana milutka....Pobiegłam po 7 na miejscówkę by uwiecznić siebie nie wymiętą i w karminie na ustach po raz kolejny..... Rozstawiłam statyw, samowyzwalacz, wywdzięczyłam w uśmiechu pełnym radości i to by było na tyle.... Akumulator nie naładowany!


Jutro jak zabiorę wszystko pewnie będzie lało.....

MÓJ ROWER

W poszukiwaniu motyki i grabi wpadłam  do garażu,  gdzie natychmiast z impetem dał mi o sobie przypomnieć mój rower, tłukąc pedałem moją kostkę, zapłakała. Sycząc markotnie spojrzałam na wandala i serce mi zmiękło.....No tak czas odkurzyć staruszka, zaniedbany przez ostatnie kilka miesięcy, smętnie przewegetował zimowe pluchy i słoty tak dotkliwie, że aż stracił dech w oponach. Poszarzał z tęsknoty z powietrzem, zarumieniony rdzą wydał mi się taki nie mój..... Bijąc się z myślami, porzuciłam myśl o recyklingu trawnika, wszak nie zając nie ucieknie i nic mu się nie stanie jeśli poczeka z pobudką jeszcze kilka dni.

Wyszarpałam moją holenderkę na światło dzienne wyszorowałam, naoliwiłam, i przypomniało mi się moje dzieciństwo, w którym rower grał pierwsze skrzypce jako środek transportu.... pierwszy mamy, czarna wdowa, 24' holenderka damka dowożąca mnie zaspaną na bagażniku do szkoły, kościoła, przedszkola, bez względu na pogodę i towarzyszącą jej aurę.
Pierwsze paluchy w szprychach i zdarte kolana, rozbity łokieć i niegojące się kostki to dziecięcy chleb powszedni. Szpanersko było jeździć na wielkim rowerze na stojaka po kamienistej drodze i zeskakiwać w biegu, lub butami tłukąc się niemiłosiernie, bo  niemal przy każdej próbie  hamowania  pedałami dyliżans stawał okoniem w mgnieniu oka. Miałam swój zielony, ale kto by jeździł na małej zielonej żabce skoro można było dosiadać konkretny model..
W zerówce dostałam żółte Wigry 3, Najlepszy składak ever, Pamiętam ten dzień jak dziś, lało jak z cebra, wróciłam do domu ze szkoły, a tato właśnie kończył skręcać moje nowe cudeńko. Nie było mocnych, do wieczora testowałam opony na mokrym kwietniowym chodniku rozjeżdżając ledwo wykluwającą się tu  i ówdzie trawę przy zakrętach.
Mama odetchnęła z ulgą.
Z radością pedałowałam zawzięcie by 20 calowe oponki dorównywały 26 calowym  "suwom" mojego taty.  Uwielbiałam go tak bardzo,  że miał swoje honorowe miejsce w pokoju.
Jako typowa chłopczyca  w umiejętnościach rowerowych dorównywałam niejednemu chłopakowi. Często przebijając w szybkości czy pomysłowości. Niestety. Bo tego ostatniego mi nie brakowało. Ale to temat na dłuuugi osobny post....Ogólnie moje dzieciństwo to strupy, rower i męska paczka.  Po latach należało stać się diewczynką, ścięłam warkoczi pożegnałam się z moją Pomarańczą.

Odchorowałam jego przekazanie siostrzenicy długo jeszcze płacząc za odjeżdżającym wraz z nią  i moim rowerem pociągiem w siną dal.... Nie utulił żalu nawet niebiesko biały Jubilat....

Odziedziczona po mamie "czarna wdowa" nadal mimo swoich kilkudziesięciu lat jest moim ulubionym zjadaczem czasu. szkoda że mam go dla niej tak mało :)

SZUFLADKI

Jestem jak szafka biblioteczna do katalogowania... składam się z miliona szuflad... w każdej przegródce skrywam coś innego,  do każdej jest inny wytrych inne słowo klucz... w moim życiu miałam tylko dwie osoby, które czytały ze mnie jak z otwartej księgi i przed nimi niczego nie udawało mi się ukryć jak to robiła mama nie wiem, jak robi to jej imienniczka jest dla mnie zagadką.
Przed resztą świata mogę schować wszystko... blat jest zawsze taki sam, roześmiany, wesoły, zabawny, sarkastyczny do bólu, bywa wredny i uparty....
Dobrze mi tak.... nauczyłam się śmiać, z siebie, do siebie, do innych, po amerykańsku każdemu z rozbrajającą szczerością kłamać w oczy jak jest wspaniale... a może nie, nie  kłamać...a zaklinać rzeczywistość?
Umiejętność przenoszenia marzeń w real przychodzi mi z taką łatwością jak uśmiech.... Co sobie wymyślę to się wcześniej czy później dzieje... tyle że niestety przychodzi zawsze nie w porę, nie w tej kolejności a już 100% komplikując sprawy doczesne.... i wprawiając mnie niejednokrotnie w osłupienie daje do zrozumienia, że nie tego chciałam, ale wtedy jest już za późno... Zawsze tak miałam.... Począwszy od matury kiedy wymyślony zarówno na polski jak i historię temat Psiorka wypisała na tablicy :)))) a ja siedziałam i zaatakowana przez pomroczność jasną nie wiedziałam co mam pisać!!!
Później umiałam sobie pragnieniami skomplikować życie tak dokładnie że najchętniej chowałam się pod kołdrą chcąc przespać pojawiający się jak na dłoni " wymarzony" problem, czekając aż ktoś go za mnie rozwiąże,....
Teraz mając dzieci siedzenie pod kocem oznacza zabawę w Indian... nie ma czasu na sen. Budujemy wigwam i udajemy w trójkę, że nas nie ma..... wokół wilki jakieś i las z krzeseł nam nie straszy bo mamy siebie, i choćby świat się zawalił Nasza miłość przetrwa wszystko, bez względu na życiowe zamiecie i zawieje......
Od dziś przestaję planować.....





100% MOCY

100% MOCY


Obudziłam się bladym świtem, po kilku godzinach snu rześka i wypoczęta. Równie szczęśliwe potomstwo otworzyło oczęta zanim zdążyłam jeszcze opuścić ciepłe pielesze. Za oknem nieśmiało słońce przebijało się przez chmury. Pomyślałam że taki dzień, pierwszy od tygodnia słoneczny, a przede wszystkim wolny, szkoda zmarnować na leżeniu w pierzynach.  O 9 byliśmy w pociągu do Krakowa.
Nadmiar energii spożytkowałam na kilku godzinnym spacerku po ulubionym mieście, o dziwo bez protestów, skarg i zażaleń.. Fakt musiałam wlec za sobą po powrocie jedne śpiące a drugie zasypiające wykończone latorośle ale było warto.
Foty niewyraźne bo made in syn, ale co tam...










Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Dashes-world , Blogger